Notowania ropy wystrzeliły
- To na razie huśtawka, cena rośnie szybciej, niż myślałem.
...to ile ropa będzie kosztowała pod koniec roku?
- Myślę, że w granicach 60 - 70 dol. Notowania szybko się odbijają.
A może będą wyglądały tak: dwa kroki do przodu i jeden w tył, czyli korekty co jakiś czas i znowu spadek?
- W krótkich okresach - kilka dni -tak, ale trend jest w górę. Myślę, że notowania się ustabilizują. Oczywiście będą jeszcze większe wahania, ale nie na taką skalę jak jesienią ubiegłego roku, kiedy ropa zleciała na łeb na szyję ze 147 dol.
Jak długo on się utrzyma?
- Niedługo. Stabilizacja nastąpi w granicach 50-60 dol. w maju i w czerwcu. Ceny mogą jeszcze wzrosnąć, ale to zależy od tego, jak rynek zareaguje na informacje, że za dwa, trzy lata zabraknie ropy. Chodzi o to, że przy tych notowaniach za baryłkę koszty wydobycia czy uruchomienia nowych złóż są zbyt wysokie w stosunku do cen ropy, które nie mobilizują producentów do jakichkolwiek działań. A już na pewno nie w takich miejscach jak Kanada, gdzie koszt wydobycia jest na poziomie 60 dol. To się po prostu nie kalkuluje. Różnica musi być spora, żeby długoterminowo inwestować.
Czy rosnące ceny surowca są korzystne dla Grupy Lotos?
- Oczywiście. Chociaż byłem ostro krytykowany za to, że kupiliśmy udziały w złożu Yme na Morzu Norweskim. Przeciwnicy pytali: co wtedy, gdy ropa będzie kosztowała 30 dol., ile Lotos straci?
I co pan odpowiadał?
- Że nie jest to inwestycja na tydzień, dwa, czy nawet na rok. Produkcja ruszy dopiero jesienią. Zobaczymy, jaka wtedy będzie cena ropy. Jeśli powyżej 40 dol., na pewno zarobimy. Natomiast jeśli cena ropy dojdzie do poziomu 50 albo 70 dol. za baryłkę, to już będzie świetnie.
Czy wzrost notowań ropy przełoży się na rynek detaliczny?
- Po pierwsze - rynek detaliczny to kwestia popytu, a popyt zależy od tego, ile mamy pieniędzy i jak oceniamy własne bezpieczeństwo ekonomiczne. Po drugie - ceny zależą od notowań złotego wobec dolara. Według mnie złoty może się umacniać, możemy dojść nawet do 2,9 - 3,0 zł za dol. To byłaby dobra prognoza dla rynku detalicznego. Myślę, że ceny benzyny pod koniec roku będą na dzisiejszym poziomie, czyli ok. 4 zł za litr.
Pewnie nie będzie taniej chociażby z tego powodu, że w Polsce tak naprawdę jest tylko dwóch dostawców hurtowych - LOTOS i PKN Orlen.
- Ale rynek jest otwarty, a to znaczy, że paliwo można sprowadzać z zagranicy. Myślą o tym Rosjanie. Nawet gdyby był jeden gracz, to na otwartym na import rynku wcale nie mamy do czynienia z monopolem.
Możliwości importu są jednak czysto teoretyczne. Na razie nie ma zagrożenia, że kolejny duży importer wejdzie na nasz rynek. Chyba żeby był to Łukoil.
- Najważniejsza jest jednak jakość paliw. Może pojawić się ryzyko, że Łukoil będzie dotował sprzedaż paliw w Polsce poniżej swoich kosztów, żeby opanować część rynku. Ceny Łukoilu mogą być nieco niższe, ale będą to co najwyżej grosze na litrze. Sporo czasu musi upłynąć - jeśli w ogóle - zanim polski klient zaakceptuje w pełni paliwa dostarczane ze wschodu. Trzeba jednak pamiętać, że Rosjanie mają długofalową, konsekwentną politykę opanowywania rynku. Należy zakładać, że Łukoil przyszedł na stałe i będzie zwiększał swój udział w sprzedaży paliw na stacjach.
W jaki sposób będzie to robił?
- Na pewno zgodnie z unijnymi regułami. Zatem musi poruszać się delikatnie i akceptować zasady rządzące rynkiem. Standardy Unii nie pozwolą im na manewry kosztami i cenami. Zresztą my sami sprzedajemy Rosjanom paliwo. Taka jest logika rynku. Jeśli od nas go nie dostaną, to kupią od Orlenu lub przywiozą z zagranicy. Byłoby nierozsądne nie sprzedawać, jeśli na tym zarabiamy.
Rosjanie jeszcze rok temu zapowiadali ekspansję w naszej części Europy. Teraz sprawa przycichła.
- Problem ich ekspansji jednak pozostał. Chociaż teraz, gdy mają mniej pieniędzy, pewnie muszą ją ograniczyć. Myślę, że dla Rosjan ważniejszy jest teraz rurociąg gazowy niż inwestycje w europejski sektor naftowy.
Czy polski rynek jest ważny dla Łukoilu?
- Sądzę, że bardzo ważny. Śmiem nawet twierdzić, że długoterminowo jest to dla nich rynek strategiczny. Łukoil przez Polskę wchodzi dalej do Europy. Z tym że ja patrzę na rosyjskie firmy tak jak na każde inne konkurencyjne przedsięwzięcie. Problem polega na tym, że sposób działania Rosjan jest inny niż firm zachodnich i stąd nasze obawy. Rosjanie stosują rozwiązania gospodarcze do realizacji pewnych celów politycznych. Dlatego oceniając ich inwestycje, musimy analizować nasze bezpieczeństwo energetyczne.
Kiedy może popłynąć wasza ropa z Morza Norweskiego?
- W czwartym kwartale tego roku.
Będzie to ropa z jednego złoża. A co z pozostałymi? Grupa LOTOS posiada przecież kilka koncesji.
- Pozostałe projekty, które mamy na szelfie norweskim, poza Yme, są operacjami poszukiwawczymi. Na obecnym etapie kosztują one niewiele. Pięć naszych koncesji to wydatek zaledwie 7 mln norweskich koron rocznie, czyli około 1 mln dol. Przy skali naszej działalności są to małe koszty. Owszem, prace, które przygotowują złoża do produkcji, są kosztowne, ale wydatki czekają nas dopiero w latach 2012 - 2013.
Dlaczego LOTOS zdecydował się na poszukiwanie i wydobywanie ropy z kierunku północnego, a nie południowego - z Rosji czy z Kazachstanu?
- Znacząco niższe ryzyko, przewidywalność działań władz, wysokie standardy prawa, łatwość i transparentność.
Ale i droższy surowiec...
- Niekoniecznie. Koszty niby są wyższe, ale rząd norweski zwraca 78 proc. wartości inwestycji, jeśli złoże nie nadaje się do eksploatacji. Nasze ryzyko wejścia na złoże jest więc równe 22 proc. Nie ma drugiego tak dobrego miejsca na świecie. Rosja, Kazachstan? Shell zainwestował na Sachalinie, ale kiedy okazało się, że jest tam surowiec, musiał się wycofać, nie z własnej woli. A w Kazachstanie? Niech panowie dowiercą się do jakichś złóż, to zobaczycie, co się będzie działo. Ryzyko zdarzeń nieprzewidywalnych jest bardzo wysokie. W Norwegii jest zupełnie inaczej. To świat europejskich standardów. Biznes kosztuje nas więcej, ale potem nawet przy niewielkiej marży zysku spokojnie, stabilnie wydobywamy bez obaw, że komuś przyjdzie do głowy, by pokazać Lotosowi drzwi. Liczymy na to, że z Morza Norweskiego wydobywać będziemy na początku około 1 mln ton ropy rocznie, by w 2015 r. osiągnąć 2 mln ton.
Jaka będzie struktura ropy przerabianej w gdańskiej rafinerii?
- Według naszych strategicznych założeń 60 proc. ropy ma pochodzić ze Wschodu, zapewne z Rosji, a 40 proc. z innych źródeł, między innymi ze złóż norweskich czy bałtyckich. Dziś sprowadzamy większość rurociągiem Przyjaźń, ale jesteśmy zabezpieczeni umową ze Statoilem, że gdyby coś się stało, dostaniemy po atrakcyjnej cenie ropę z Morza Północnego. Nawet 100 proc. surowca.
Czy to oznacza, że gdybyśmy zostali odcięci od ropy rosyjskiej, alternatywą jest Norwegia?
- Tak. Mogę spać spokojnie, bo gdyby coś się stało, mam zabezpieczone dostawy ropy. Wprawdzie trochę droższej niż rosyjska, ale na pewno tańszej, niż gdybyśmy musieli ją nagle kupować po cenach rynkowych. Umowa ze Statoilem nic nas nie kosztuje. To po prostu kwestia bardzo dobrej współpracy z Norwegami.
Skoro ze Statoilem tak dobrze się układa, może ten koncern stałby się partnerem strategicznym dla Lotosu?
- Byłoby to logiczne, wzmacniające bezpieczeństwo energetyczne Polski i Europy. Nie rozmawiamy jednak na ten temat, bo Statoil w swojej strategii nie ma zapisanej ekspansji, szczególnie na Wschodzie.
To w takim razie co jest możliwe?
- Rozmawiamy o współpracy na polskich lotniskach jako dostawcy paliwa, współpracujemy nad biopaliwami. Możliwości są duże, ale dzisiaj jest za wcześnie, żeby mówić o konkretach. Statoil praktykuje obecność kapitałową w konkretnych projektach biznesowych. I taka współpraca z nimi jest możliwa. Dla nas jest to dobry rodzaj kooperacji.
A udział Statoilu w prywatyzacji Grupy LOTOS?
- Skarb Państwa nie zamierza jak na razie kontynuować prywatyzacji. Państwo chce utrzymać 50-proc. udział w spółce. Nie ma więc podstaw, żeby na ten temat rozmawiać.
Czyli na razie nie ma tematu powiązań kapitałowych LOTOSU?
- Na pewno nie na dużą skalę.
Nawet z PGNiG? Na pewnej płaszczyźnie już współpracujecie.
- Rozmawiamy na temat projektu wybudowania elektrociepłowni wspólnie z Energą i PGNiG. Rozmawiamy na temat zagospodarowania złóż gazu - dwóch koncesji Petrobaltic na Morzu Bałtyckim, a także o możliwości wspólnych przedsięwzięć kapitałowych na Morzu Norweskim. W grę wchodzi również upstream na Bałtyku.
Łącznie z tworzeniem joint venture?
- Tak. Jest to możliwe zarówno z PGNiG, jak i ze Statoilem. Mniej natomiast z Orlenem, który nigdy nie przejawiał w tym kierunku zainteresowania. Jednak na dzisiaj nie są rozważane mariaże dużego formatu.
Czy istnieje pomysł fuzji?
- Jak sądzę, obecnie nie wchodzi to w grę. To leży w gestii Ministerstwa Skarbu, my na ten temat nie prowadzimy rozmów.
Jednak temat fuzji Orlenu z LOTOSEM wraca jak bumerang od kilku lat? Czy nie jest tak również teraz?
- Pewnie wraca, tylko co z tego, skoro nie jest to do wykonania.
Z jakich powodów?
- A jaka jest atrakcyjność tego połączenia? Co ono może dać Lotosowi? Orlenowi? Skarbowi Państwa? My dzisiaj mamy potężny pogram inwestycyjny. Musimy dokończyć nasze przedsięwzięcie, żeby stać się firmą bardziej atrakcyjną na rynku. Inwestujemy też w upstream. To wszystko wymaga spokoju i totalnej koncentracji. Za kilka lat natomiast to będzie zupełnie nowa sytuacja. Orlen zresztą ma poważne własne problemy do rozwiązania.
A nie boi się pan wrogiego przejęcia ze strony Rosjan?
- Wrogie przejęcie może nastąpić z każdej strony, nie tylko z rosyjskiej. Jeżeli wycena Lotosu będzie bardzo niska, każdy, kto ma pieniądze, będzie mógł jego część kupić. W podobnej sytuacji jest zresztą również Orlen. Problem polega na tym, że dzisiaj jest bardzo ryzykownie inwestować w przemysł rafineryjny. To przede wszystkim z tego powodu perspektywy wrogiego przejęcia nie są bardzo realne.
Żródło: WSJ Polska
Serwis internetowy Profil Korporacyjny
